Jak mawiał żartobliwie mój wykładowca z rysunku odręcznego na studiach z grafiki komputerowej: „Znaleźć dobrą gołą babę do narysowania to sztuka. Ale narysować dobrze gołą babę to jest dopiero prawdziwa sztuka”. Jeśli chodzi o dobrą gołą babę do narysowania, to profesor miał na myśli pulchne rubensowskie panie w dojrzałym wieku, z doskonałą grą światłocieni na pomarszczonej powierzchni ciała. Cóż... Kiedyś słusznie stwierdzono w takiej jednej polskiej komedii, że malarze holenderscy malowali ludzi pokurczonych i nie ukrywali brzydoty swoich modeli, ale pokazywali ich piękno, bo mieli dystans do swego tworzywa. Jednakże młodzi adepci sztuki rysowania i malowania, nie mieli takiego dystansu. I w charakterze tejże gołej baby widzieli raczej młode modelki, których perfekcyjne ciała można narysować za jednym pociągnięciem pędzla. Oczywiście nie jest to takie proste, jakby się mogło wydawać. W obu przypadkach jest to naprawdę trudna sztuka, o czym sam osobiście się przekonałem na własnej skórze, łamiąc sobie niejeden ołówek na skutek dopieszczania sutka lub innej krągłości sutkopodobnej. I w dodatku nie wszyscy potrafią to docenić. Jak choćby moja wychowawczyni z przedszkola. Gdy raz na zajęciach plastycznych, tuż po długotrwałym leżakowaniu, narysowałem wzorcową gołą babę z dużymi słoneczkami (obok domku i kotka w stylu Salvadora Dali), ona z moim rysunkiem poleciała poskarżyć się do mojej mamy. I piszę tu o heroicznej walce zdystansowanego twórcy z kobiecym ciałem z całą odpowiedzialnością, jako wielbiciel aktu a zwłaszcza prac typu pin-up.
Z tym większą przyjemnością obejrzałem cykl obrazów „W oczekiwaniu” namalowanych akrylem przez artystę ukrywającego się od pseudonimem WHO. Kim jest WHO? To student ASP z Poznania (zainteresowanych odsyłam do jego krótkiej biografii złączonej do tekstu). A czemu przyjemność była po mojej stronie? Otóż pierwszy obraz z tego cyklu jest prawdziwą ucztą dla oczu, z pięknie oddaną grą światła na ciele modelki. Niby banalna scenka. Śliczna ciemnowłosa dziewczyna z uwagą wypatruje kogoś stojąc przy oknie. Kim jest ona (SHE)? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że ta piękna niewiasta w swym zamyśleniu przemawia do mnie tak bardzo, że nawet zignorował bym zasadę numer dwa „Nigdy nie ufaj nagiej kobiecie”, a którą sformułował Sean „James Bond” Connery w filmie „Entrapment” (Osaczeni). Nie sposób odmówić artyście wciągającego i urokliwego sposobu przedostawania stanu oczekiwania. W drugim obrazie tego cyklu modelka również z uwagą obserwuje, co się dzieje za oknem. (WE) My, widzowie z uwagą obserwujemy jej kształtny tył podkreślony światłem słonecznym wpadającym przez okno. Zaś moje błogie rozmarzenie podczas oglądania obrazu z uwagą obserwowała żona (pewnie dlatego, że nigdy nie czeka na mnie naga w oknie, w promieniach słońca). I w ten oto sposób stworzył się szereg obserwujących się wzajemnie, czyli wypisz-wymaluj tzw. sztuka interaktywna. A co również miało miejsce przy obserwacji pozostałych dwóch obrazów z tego cyklu.
Zresztą inne akty, czy portrety kobiet namalowane przez pana WHO charakteryzują się równie wciągającym hipnotyzmem. Jak choćby pełna zmysłowego erotyzmu „Bursztynowa Jesień” lub „Zanurzona w płatkach róż”. Mocne pociągnięcia pędzla, bogata kolorystyka. Żadne wielki fajerki techniczne, ale nie sposób oderwać oczu. Gdzieś tu pojawiają się echa Alberta Vargasa, czasami pobrzmiewa nuta Grega Hildebrandta. W dwóch obrazach dostrzegłem nawet inspirację dziełami Lautreca. A może poniosła mnie rozpalona wyobraźnia, bo chciałbym mieć taką „Złotą rybkę” jak ta z obrazu o takim samym tytule. Na pewno spełniłaby moje trzy życzenia. Na przykład, żebym nigdy więcej nie łamał sobie ołówków.
Według mnie, najtrudniejszą sztuką jest jednak umiejętność pokazania modelki tak, aby odbiorca obrazu oprócz zachwycania się nad pięknem ciała, mógł oszołomiony powiedzieć: „Ona żyje! Ma uczucia!”. W przypadku prac WHO jestem w stanie wydobyć z siebie taki okrzyk Bo przecież nie ma nic gorszego niż kobiecy akt z modelką o dziwacznym ciele jamochłona i o wyrazie twarzy znudzonej gumowej lalki z sex shopu nadmuchanej po raz setny. Choć jak stwierdził kiedyś Woody Allen: „W świecie ludzi tylko subiektywność jest obiektywna”. Więc dla kogoś innego uosobieniem piękna i kobiecości będzie na przykład „Naga kobieta z naszyjnikiem” Picassa. Zwłaszcza, gdy zapłaci on grube miliony dolarów, aby posiąść ten obraz i wpatrywać się z zachwytem w trzypalczaste stopy nagiej kobiety. Ja jednak jestem konserwatystą i wolę dzieła pana WHO. Przynajmniej są nieco tańsze.
WHO czyli Damian Kłaczkiewicz
Jest studentem IV roku Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. W swych wielorakich poszukiwaniach, zarówno technicznych i tematycznych, dąży do ciągłego odkrywania. W swej pracy używa głównie farb akrylowych, suchej pasteli, ale pracuje też przy użyciu suchej igły i techniki linorytu. Tworzy również własne unikalne technologie wykonywania obrazów z połączenia różnych techniki i materiałów. Tematyka jego dzieł obejmuje kolaże, abstrakcje, portrety kobiece i akty. Zanim został studentem, nie uczył się z żadnej ze szkół artystycznych. Brał udział w kilku wystawach zbiorowych w Polsce, a jego prace znajdują się w zbiorze muzeum Zamku Górków w Szamotułach i u prywatnych kolekcjonerów w Polsce oraz Europie. Obecnie jego poszukiwania twórcze doprowadził go do filmu i instalacji, i to w nich głównie się teraz realizuje. Często jednak wraca do płótna i farb jako pierwotnej i najbliższej mu materii.