Są na tym świecie rzeczy zaskakujące, intrygujące, inspirujące, zmuszające do myślenia i motywujące do działania (stają się przez to częstym tematem płócien, grafiki, fotografii artystów, którzy poprzez obraz pragną interpretować otaczająca ich rzeczywistość). Są też na tym świecie kolory - całe multum, cała paleta pięknych barw, z których każda ma dodatkowo sto odcieni. Każdy z nich coś nam mówi, wyraża jakąś emocję - można nawet zaryzykować stwierdzenie, że każde uczucie posiada swój własny kolor, bo przecież życie wewnętrzne człowieka jest tak bogate i różnorodne jak palety wszystkich artystów tego globu. Są też ludzie, wyjątkowi, niepowtarzalni, którzy odczytują świat wszystkimi zmysłami, by później przelać swą indywidualną wizję na płótno i w ten sposób, bez użycia słów, powiedzieć nam coś o sobie i swoim spojrzeniu na rzeczywistość. Czyż to nie piękny proces? Mały wycinek ogromnego świata, artysta, kolor, dzieło. Tak niewiele trzeba, aby wyrazić siebie.
Właśnie po to jest malarstwo, fotografia i każda inna dziedzina szeroko pojętej sztuki. Ma służyć nie tylko nam, odbiorcom, którzy pragną zachwycić się, zastanowić, zagłębić w ten inny wymiar rzeczywistości. Sztuka jest przede wszystkim dla artysty, który dzięki niej wyraża siebie, spełnia się (a jeśli przy okazji uda mu się zbić fortunę i zafascynować kilka osób to można mu tylko pogratulowaćJ).
Kto zmusił mnie do takich rozważań? Francuski malarz, którego w Galerii można odnaleźć pod mało „artystycznym” pseudonimem K100. Jakie są jego obrazy? Przede wszystkim bardzo kolorowe, spontaniczne, energetyczne. Widać w nich twórczy szał i dobrowolność, a nie precyzję i planowość (a może właśnie w tym chaosie tkwi porządek?). Artysta operuje przede wszystkim plamą, zdecydowaną, grubą kreską, w niektórych dziełach widać także technikę „kropidła” (nie znam profesjonalnej nazwy, wybaczcie). Czy jest sens opisywać te płótna i drobiazgowo je analizować? Chyba niewielki, gdyż jest to ten rodzaj sztuki, który ma działać bezpośrednio na odbiorcę swoją siłą wyrazu, kolorem, twórczą wariacją. Jest to po prostu orgia barw oraz spontaniczne ruchy pędzlem, chociaż nie można kategorycznie stwierdzić, że są pozbawione jakiegokolwiek sensu. Całe są przecież swoim twórcą. Na pewno możemy, dzięki kolorom oraz sposobom operowania narzędziem (niektóre linie są przecież grube i ciężkie, inne cienkie i plączące się ze sobą), dowiedzieć się czegoś o nastroju, jaki towarzyszył artyście podczas pracy lub o emocjach, jakie zmusiły go do tego, że sięgnął po pędzel i sztalugę. Przecież kolory mają własny język. Myślę, że użycie wyłącznie żółtej farby na płótnie JAUNE, a czarnej na NOIR ET OR nie jest przypadkowe.
Wcześniej nie byłam zwolenniczką sztuki spod znaku abstrakcji podszytej ekspresjonizmem (lub na odwrót). Były to dla mnie po prostu ciapki, które nic nie wnoszą, o niczym nie mówią, a jeśli stają się źródłem sukcesu to jest to już jakieś nieporozumienie i absurd. Mój tok myślenia zmienił się, kiedy zobaczyłam film poświęcony Jacksonowi Pollockowi w reżyserii Eda Harrisa, który uzmysłowił mi, że jego sztuka nie była przypadkiem. Była pracą, kontrolowanym wysiłkiem, gdyż, jak twierdził sam malarz, nigdy nie tracił kontroli nad tym co robi, choć jego prace sprawiają wrażenie stworzonych ręką wariata.
Tak na marginesie, obrazy K100 są bardzo podobne do dzieł samego Pollaca - wystarczy spojrzeć na płótno NUMBER 18 słynnego Amerykanina oraz VIRAGE autorstwa naszego badanego podmiotu, aby stwierdzić, że wiele łączy obu twórców. Zresztą dla oka laika ciapki zawsze będą ciapkami, dlatego nie ma sensu roztrząsać kwestii różnic i podobieństw, bo najważniejsze w tym abstrakcjonizmie jest to, że to jedna wielka emocja. W tych obrazach jest siła i energia i choć w głowach wielu z nas kłębią się myśli spod znaku: ja też tak potrafię, to przecież nie o to w tym chodzi. Każdy wyraża siebie w swój własny, indywidualny sposób. K100 czyni to za pomocą abstrakcji, a jeśli my też tak chcemy, nic nie stoi nam na przeszkodzie. Może nas też ktoś odkryje i nie będziemy musieli krytykować innych za ich sukces.